Bunkrów Nie Ma - Tony



Są książki tak dobre, że nie można się od niech oderwać i kończy się je w jeden dzień. Są też takie, których w ogóle nie chce się kończyć i odwleka się tę chwilę w nieskończoność. Tak właśnie wygląda moja relacja z "Bunkrów nie ma" Tonego.

Zacznę od tego, że czytam bloga autora od dłuższego czasu i bardzo lubię tam zaglądać. Dlaczego? Bo mnie bawi. Co tu dużo pisać, czarny humor, i wyszukane porównania towarzyszą mi od zawsze - mój tata to król różnego rodzaju zabawnych powiedzonek z baardzo ciężkim poczuciem humoru, które nie każdy jest w stanie zrozumieć. Poza tym, niewiele jest rzeczy, które mogą mnie zgorszyć, w związku z czym seks, alkohol i narkotyki nie burzą mojego światopoglądu. 

Jeśli o używkach wszelkiego rodzaju mowa - tego Wam tu dostatek. Tony pisząc o miejscach, które odwiedził skupia się na społecznym, towarzyskim i rozrywkowym aspekcie swoich wypraw. Jeśli oczekujecie opisów malowniczych krajobrazów Azji czy Afryki, możecie być pewni, iż ich tu nie znajdziecie. Autor ma swój styl, który albo Wam się spodoba, albo go znienawidzicie. Teksty są kontrowersyjne i autentyczne. Bez cenzury, bez ograniczeń z trafiającymi w punkt porównaniami i ogromną dawką czarnego humoru, który rozkłada na łopatki. Niejednokrotnie śmiałam się w głos, niejednokrotnie historie rozbawiały mnie tak bardzo, że musiałam przeczytać je każdej osobie, która akurat stanęła mi na drodze. Najbardziej ucierpiał mój chłopak, teraz sam podczytuje wybrane fragmenty. Jako drugi w kolejce ustawił się tata.

Bunkrów Nie Ma nie jest lekturą dla wszystkich. Mówię to ja i przyznaje sam Tony. To pozycja dla osób z dystansem do siebie i do świata, dla których seks, narkotyki i alkohol nie są tematem tabu. To książka dla tych, którzy nie lubią nudy i banalności. Napisana jest bardzo prostym językiem, w tekście często występują wulgaryzmy, ale nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Dzięki temu poszczególne historie wydają się bardziej autentyczne. Pojawiają się błędy stylistyczne a składnia nie zawsze jest poprawna, co niestety wielu czytelnikom może  uprzykrzyć czytanie. Przyznam, że mnie nie przeszkadzało, ale przeczytałam znaczną część tekstów Tony'ego na blogu, więc chyba jestem przyzwyczajona.

Nie jest to książka do pochłonięcia na raz. Próby mogą skończyć się porażką lub zrażeniem do tekstu. Wiem, próbowałam :) To jest właśnie różnica między książką a blogiem i skutek mojej pazerności... :D Koniec końców, zwalniając tempo i dawkując sobie przyjemność osiągnęłam wymarzony efekt. Trzy historie dziennie, gwarantowały mi ubaw w różnych porach dnia i nie zanudziły mnie na śmierć swoją monotematycznością, bo nie oszukujmy się, większość z nich opiera się na seksie i imprezach.

Natomiast jeśli chodzi o samą książkę jako przedmiot - jestem pod wrażeniem jej wykonania. Prezentuje się bardzo dobrze, jest solidnie sklejona - przyznam, że obawiałam się latających kartek, bo pozycja jest gruba i ciężka. Dlaczego o tym wspominam? Bo autor wydał książkę bez współpracy z żadnym wydawnictwem.  I ja to podziwiam, i chwalę, i jest super!

Kiedy słyszę książka podróżnicza  myślę: nuda! Nigdy nie przepadałam za tego typu literaturą i śmiem twierdzić, iż część z Was także woli trzymać się od niej z daleka. Zupełnie odwrotnie mają się sprawy jeśli chodzi o Bunkrów nie ma. Ta książka przyciąga mnie jak magnes i szczerze mówiąc, bardziej zachęca mnie do wypraw niż każda inna pozycja podróżnicza. Przed zakupem książki polecam sprawdzić bloga Tony'ego, aby uniknąć ewentualnego rozczarowania, bo tak jak napisałam wcześniej, nie wszystkim taka forma się spodoba.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Tony'emu.

Wiem, wiem! Recenzja Bunkrów Nie Ma miała pojawić się w sobotę. Miałam małe problemy z planowaniem publikacji, o czym dowiedziałam się dopiero dzisiaj. Po czym okazało się, iż ręcznie również nie mogę wstawić żadnej nowej notki... W każdym razie już wszytko gra, mam nadzieję, że taka historia więcej mi się nie przydarzy :) Przepraszam!
Obsługiwane przez usługę Blogger.