A jej oczy były niebieskie - Lisa Hågensen


Raili próbując uleczyć złamane serce, po bolesnym rozpadzie siedmioletniego związku, postanawia spędzić urlop w domku nad jeziorem w Lövaren. Sześć spokojnych tygodni w leśnym zaciszu to dla nieporadnej bibliotekarki idealny czas by wypocząć i odciąć się od zmartwień. Nie przynoszą  jednak oczekiwanego wytchnienia. Dokuczający jej od jakiegoś czasu ból głowy nasila się, dochodzi do niego ogólne złe samopoczucie. Kobieta odnosi wrażenie, że ktoś ją obserwuje, zaczyna słyszeć głosy, pojawiają się też omamy wzrokowe. Duszna atmosfera gorących dni wzmaga uczucie niepokoju. Raili poważniej zaczyna podchodzić do coraz to nowych objawów domniemanej choroby, a może zwykłego przedawkowania leków przeciwbólowych? Nie jest pewna...

Jedno nie wzbudza w niej wątpliwości: coś dziwnego dzieje się w Lövaren, a ona nie jest w stanie tego wyjaśnić. Jedyną osobą, której Raili może opowiedzieć o swoich niepokojach jest Oloffson - mężczyzna po sześćdziesiątce, często plotący trzy po trzy ekscentryk. Gdy niespodziewanie słuch po nim ginie, Raili postanawia wszcząć poszukiwania na własną rękę. Tak bardzo fiksuje się na zadaniu, że zaniedbuje wszelkie inne obowiązki. Osobliwe wydarzenia, których świadkiem jest bohaterka mają ścisły związek z legendami krążącymi po okolicy, a Oloffson, w jednej z ich ostatnich rozmów, z przekonaniem mówił o panującym w pobliskim lesie Złu. Tylko jak podchodzić do tego o czym opowiadał mężczyzna? - potraktować jako bajdurzenie starca, czy wziąć zupełnie poważnie?

Losy Raili przeplatają się z siedemnastowieczną historią Kirsti, która została posądzona o konszachty z szatanem i opętanie, oskarżona o czary, a ostatecznie okrzyknięta czarownicą. Muszę przyznać, że wszelkie motywy opętania, czarnych mocy i tego typu spraw zazwyczaj mnie ruszają. Jestem wybitnie wrażliwa na nadprzyrodzone wydarzenia, nawet jeśli nie są dobrze przedstawione, potrafią sprawić, że zwyczajnie się boję. Natomiast w kwestii zabobonów  - a tak odebrałam te przedstawione w powieści - charakteryzuje mnie ogromna odporność, dlatego czarownice, diabelskie moce i czarne koty w jednym, nie robią na mnie wrażenia. Co za tym idzie część książki poświęcona Kirsti, odrobinę mnie nudziła, a momentami nawet śmieszyła. Chociaż muszę przyznać, że odegrała znaczącą rolę w fabule.

"A jej oczy były niebieskie" ma bardzo krótkie i konkretne rozdziały, dlatego książkę czyta się błyskawicznie. Na początku miałam wrażenie, że przechodzę przez pourywane fragmenty dni, który wydawały mi się niespójne i nieco chaotyczne. Na szczęście szybko się przyzwyczaiłam, a te z czasem stały się płynniejszymi przejściami. Historia owiana jest nutką tajemnicy i grozy. Mimo, moim zdaniem, nieco zabawnego obrazu przeszłości w Lövaren, powieść trzyma w napięciu i niekiedy faktycznie można poczuć ciarki na plecach. Nieustannie gnająca akcja nie pozwala odłożyć książki. Napięta atmosfera wręcz prosi się o rozładowanie, a nutka tajemniczości wybrzmiewa aż do ostatnich stron. Pomysł na połączenie thrillera z motywem legend i siłami nadprzyrodzonymi okazał się naprawdę ciekawy i choć zabrakło elementu zaskoczenia, którego niecierpliwie wyczekiwałam, to uważam debiut Lisy Hågensen za udany. Dlatego zachęcam Was do sięgnięcia po "A jej oczy były niebieskie" z nadzieją, że i Wam się spodoba.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

Promowanie zdjęć na Instagramie - dobry sposób na zwiększenie grona odbirców, czy wyrzucanie pieniędzy w błoto?



Instagram jest moim głównym miejscem w sieci. Dobrze czuję się w zdjęciach, dlatego tam jestem najczęściej i najchętniej. Udało mi się zgromadzić grupę cudownych osób, które są aktywne i zawsze mogę na nich liczyć. Ale nie o tym dzisiaj. 


Wszyscy, którzy prowadzą jakąkolwiek działalność na Instgramie lubią, kiedy ich statystyki regularnie wzrastają. Nie oszukujmy się - to niezwykle miłe, gdy ktoś docenia pracę i chętnie zagląda. Prowadzenie instagramowego konta daje obecnie wiele możliwości, a może powinnam powiedzieć, że kiedyś dawało wiele możliwości... Przejęcie aplikacji przez Facebooka spowodowało stopniowe wprowadzanie zmian - tych lepszych, ale i gorszych. Do gorszych zdecydowanie zaliczam algorytmy, które najpierw można było krytykować za chaos w wyświetlanych zdjęciach na stronie głównej, a teraz, gdy do braku chronologii już się przyzwyczailiśmy, i dołożono funkcję promocji, za ucinanie zasięgów. Ale nie jestem tu po to, by wypowiadać się w temacie algorytmów. Wychodzę z pozycji przeciętnego użytkownika, który zauważył różnice w zaangażowaniu i chce sprawdzić nowe funkcje, jakie oferuje aplikacja.



Zanim zacznę, powinnam jeszcze wspomnieć, że cały post piszę w odniesieniu do małego konta, ot niecałych 21 tysięcy obserwatorów, które w żadnym razie nie może się mierzyć z tymi potężnymi, które swoją markę już stworzyły i o uwagę nie muszą zabiegać. Nie muszę też wspominać o raczkujących, nowo powstałych profilach - właściciele tych to dopiero muszą się postarać, by trafić do docelowego grona odbiorców... Wszystko już jest jasne, więc przejdźmy do rzeczy.



Od pewnego czasu męczy mnie niezmiernie powiadomienie, które sugeruje zwiększenie liczby odbiorców, poprzez promowanie zdjęcia. Konkretny post ma wzbudzać większe zainteresowanie niż 95% wszystkich wpisów - ekhm, a informacja ta pojawia się niemal pod każdą nową publikacją... W momencie, w którym komunikat jest wyświetlany aktywność  bardzo szybko spada. Ja się denerwuję i psioczę na promowanie, które moim zdaniem nie ma na celu nic, poza napełnianiem kieszeni właścicielom aplikacji. No wiecie, mnie nie zdarzyło się trafić na reklamę osoby prywatnej/blogera/influencera/kogokolwiek, kto nie jest dużą firmą, nigdy. Zatem jaką siłę sprawczą ma promowanie zdjęć na Instagramie i czy w jakikolwiek sposób wpływa na statystyki profilu? Postanowiłam to sprawdzić.



Wybrałam stosunkowo aktualne i neutralne (nie przedstawiające żadnego konkretnego tytułu książki) zdjęcie z największą liczbą polubień. Najpierw postanowiłam pominąć zdjęcia biblioteczki, bo kiedy je dodaję zawsze generują duży ruch. Po czym stwierdziłam, że wykluczanie najpopularniejszych postów to jednak idiotyczny pomysł i dodałam jeszcze jedno, najnowsze zdjęcie z biblioteczką. Zdjęcia, które wybrałam wyglądają tak:





Sprawdziłam statystyki obu postów zaraz po uruchomieniu promocji, kiedy ta jeszcze oczekiwała na akceptację, by móc porównać ewentualne ich zmiany:




Wybrałam promocję za 10 zł, której szacunkowy zasięg powinien wynosić od 2,5 do 6,7 tysiąca osób. By przewyższyć obecny (biorąc pod uwagę jedynie dolną granicę jako pewnik) musiałabym zapłacić 110 zł. Wróćmy jednak na ziemię - ustawiłam obie na czas jednego dnia. Dodałam też link do najnowszego postu jako przekierowanie na stronę. Chciałam, by ruch nie wyszedł poza IG. Nie pozostało mi nic innego, tylko czekać.



Pierwszą aktywność zauważyłam po 5 godzinach od zatwierdzenia reklamy. Były to pojedyncze osoby, które dodawały serduszka. Jednak ani jedno nie zostało zaliczone na poczet wcześniej dodanego zdjęcia. Ostatecznie statystyki profilu się nie zmieniły, a w promocjach po 21 godzinach zostało do wykorzystania po około 0,70 gr. Taka kwota nie jest w stanie zapewnić dotarcia do kogokolwiek, dlatego postanowiłam podsumować całość już w tym momencie. Statystyki reklamy prezentują się tak:





Jeśli chodzi o statystyki postów - zmiany są minimalne, ale wydaje mi się, że nawet gdybym nie uruchomiła promocji, byłyby one widoczne. Najlepszym miernikiem jest chyba drugie zdjęcie, gdzie dokładnie widać liczbę zasięgu:




Promocja nie wpłynęła na zaangażowanie na profilu - aktywność została przypisana jedynie stworzonej reklamie. A z obiecanego przynajmniej 2,5 tysiącznego zasięgu wyszedł niecały tysiąc! Mało tego, zdjęcia trafiły ponownie do osób, które od długiego czasu były moimi aktywnymi obserwatorami. Nowi? - owszem, pojawili się (kliku też odeszło), ale w takiej samej ilości, jak na co dzień. Może content nie zainteresował odbiorców reklamy, jasne! Ale w takim razie rodzi się pytanie: na jakiej zasadzie działają algorytmy Instagrama i w jaki sposób reklamowanie zdjęć ma zapewnić użytkownikom dotarcie do szerszego grona odbiorców, skoro trafia do tych, którzy już nimi są? 

Wniosek jest bardzo porosty. Promowanie nie działa tak, jak oczekiwałam. Może 10 zł za jeden post, to nie są jakieś ogromne pieniądze, ale według informacji podanych przy wybieraniu stawki, mają zapewnić spory zasięg, który ostatecznie można wsadzić między bajki. Moje pierwsze (i ostatnie) promowanie postów na Instagramie uważam za nieudane. Straciłam 20 zł ale przynajmniej upewniłam się we wcześniejszym przekonaniu - ta funkcja służy jedynie do napełniania kieszeni właścicielom aplikacji. Każdy chce zarabiać. Nikogo to nie dziwi i bez dwóch zdań dziwić nie powinno. Jednak zupełnie nie rozumiem jak można było zepsuć tak świetną aplikację, jaką był Instagram, i zrobić z niej kolejne narzędzie do wytwarzania pieniędzy?

Zatem: czy promowanie zdjęć na Instagramie to dobry sposób na zwiększenie grona odbiorców, czy wyrzucanie pieniędzy w błoto? Moim zdaniem wyrzucanie pieniędzy w błoto. Tak stało się w moim przypadku. Jednak decyzję o tym, czy powinniście wchodzić w taką zabawę pozostawiam Wam. Chociaż bardzo głośno  i dobitnie sugeruję, by odpuścić, bo nie warto.

A może już wypróbowaliście instagramowe promowanie? Chętnie przeczytam, jakie są Wasze wrażenia, może u kogoś taka forma się sprawdziła? :)

Achromatopsja - Artur Chmielewski


Fani Uniwersum Metro 2033 czekali na powieść osadzoną w Warszawie. Autor Achromatopsji wyszedł czytelnikom naprzeciw i spełnił ich prośby. Czy post-apokaliptystyczna wizja Końca Świata, która wykiełkowała w głowie Artura Chmielewskiego sprosta oczekiwaniom zainteresowanych? Mam nadzieję, że tak! Mnie nadspodziewanie bardzo się spodobała. A wszystko zaczęło się od wybuchu bomby atomowej...

Podzieleni na wrogie frakcje ocaleni muszą zjednoczyć się we wspólnej walce o przetrwanie. Jednym z pomysłów na poradzenie sobie w trudnych czasach jest wysłanie eskorty do miejsca, z którego odebrano sygnał od jednej z grup ocalałej społeczności. Informacja o kolejnych przetrwałych daje nadzieję. Jedak wyprawa jest ciężka. Na każdym kroku czai się niebezpieczeństwo. Głód i niesprzyjające warunki atmosferyczne, towarzyszące zimie nuklearnej, dodatkowo utrudniają bohaterom zadanie. Gdzie znajduje się granica wytrzymałości człowieka, w kontekście walki o przetrwanie?

Warszawę po katastrofie widzimy oczami człowieka, którego nazwiska nie jest nam dane poznać. Opisuje on pozostałości po stolicy obrazowo i dokładnie. Miasto wygląda przerażająco i ponuro, a jego klimat pozwala doskonale wczuć się w fabułę. Skąpane w szarościach, pozbawione wyrazu podziemia miasta epatują mrokiem i potęgują przygnębiający atmosferę powieści. 

Jestem fanką postaci wykreowanych przez autora. Każda z nich okazała się pełnokrwistą i ciekawą osobowością, do której bez problemu można zapałać sympatią. Sytuacja w której się znaleźli, poczucie niepewności i ciągłego zagrożenia mocno wpłynęły na zachowania i decyzje. Ludzie zrobią wszystko by przetrwać, choć doskonale zdają sobie sprawę, że może okazać się to niemożliwe. Dlatego drastyczna zmiana kierunku w którym zmierzała fabuła wcale nie musiał zaskakiwać. Zdrady, intrygi i nieustannie gnająca akcja - dzieje się naprawdę wiele.

Może dlatego, że dawno nie czytałam tego typu książek, może dlatego, że to naprawdę kawał dobrej historii, a może ze względu na obie kwestie... Achromatopsja wywarła na mnie ogromne wrażenie. Z jakiegoś powodu znacznie większe niż Metro 2033, które czytałam już kawał czasu temu i wbrew wszystkim zachwytom byłam bardzo sceptycznie nastawiona. Niemniej jednak powieść Artura Chmielewskiego uważam za dobrą i wartą przeczytania. Co prawda nie jest zupełnie idealna - ma kilka minusów, niedociągnięć i naprawdę słabe zakończenie. A jednak post-apokaliptystyczny obraz Warszawy przedstawiony w Achromatopasji naprawdę mi się spodobał. Dlatego z czystym sumieniem mogę polecić Wam ten tytuł.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Insignis.