TOP 3 serialowe guilty pleasure

04 września


Jestem uzależniona od seriali. Codziennie przeglądam Netflixa w poszukiwaniu czegoś nowego. Jestem naprawdę wybredna. Ale nie oznacza to, że oglądam tylko te najlepsze produkcje. Można powiedzieć, że jest wręcz odwrotnie. Mam na swoim koncie sporo tytułów, których powinnam się wstydzić. A te trzy stoją na ich czele.




Jane the Viring
Jeśli spróbowalibyście opowiedzieć o Jane the Virgin komukolwiek, kto nie miał do czynienia z tym serialem, na pewno pomyślałby, że oszaleliście. Tu nic nie trzyma się kupy. Już podstawowe informacje na temat fabuły są po prostu absurdalne. No dobra, o co w ogóle chodzi? Jak sugeruje tytuł, Jane jest dziewicą, ale ku zdumieniu bliskich, a nawet jej samej, okazuje się, że jest w ciąży... Fabuła kręci się wokół tego wydarzenia, ale nie skupia tylko na nim. Gdyby pozbierać wszystkie wątki w jedną kupę i wpakować je do wora, mielibyśmy naprawę ciężki pakunek. W skrócie: to amerykańska telenowela, która ma być parodią latynoskiej telenoweli. Zatem możecie spodziewać się miłości, zdrady, wątków kryminalnych i obyczajowych. Typowe serialowe guilty pleasure. Nie znajdziecie tu nic ambitnego. To raczej zlepek niedorzecznych wydarzeń i (nie)zaskakujących zbiegów okoliczności. A jednak wciąga i uzależnia. Chyba warto sprawdzić, czy to coś dla Was.
Oglądam Jane na Netflixie, a tam na tę chwilę dostępne są 3 z 4 sezonów.




Santa Clarita Diet
Tegoroczna produkcja Netflixa, która absolutnie podbiła moje serce. Po pierwsze przez obsadę – obłędnie przystojny Olyphant, i jedna z moich ulubionych aktorek w filmach komediowych, Barrymore, tworzą naprawdę świetny duet. Przyjemnie się na nich patrzy. Po drugie przez nietypową fabułę. Co my tu mamy? Sheila i Joel wiodą spokojne życie w Santa Clarita. Do czasu, aż Sheila zamienia swoją dietę na taką, którą preferują głównie... zombie. Codzienność Hammondów zmienia się diametralnie. Próbują poradzić sobie z nowym stylem życia i jednocześnie znaleźć jego przyczynę. Pomagają im w tym nastoletnia córka i jej dziwaczny kolega. Brzmi intrygująco, czy odstraszająco? :) Dla mnie zdecydowanie to pierwsze! Przede wszystkim jest zabawnie, momentami trochę obrzydliwie, ale w granicach, które jestem w stanie znieść. Pierwszy sezon to tylko 5 godzin oglądania, odcinki trwają około 30 minut. Zatem pochłania się go dosłownie na raz. Kolejne guilty pleasure na mojej liście. Nie mogę się dociekać kontynuacji.




You Me Her 
Nigdy nie czułam się tak bardzo winna oglądania jakiegokolwiek serialu, jak wtedy, kiedy włączałam kolejne odcinki You Me Her. Tematem przewodnim jest poliamoria, a to zdarza się naprawdę rzadko. Myślę o wprowadzaniu jej do filmów, a nie o samym zjawisku. Pomyślałam, że poza dodaniem czegoś nowego do mojego serialowego światka, spędzę czas przy czymś zabawnym i ciekawym. Trochę się przeliczyłam. Emma i Jack decydują się wpuścić do swojego łóżka Izzy. Dziewczyna ma być ich słodką tajemnicą. Okazuje się, że trzyosobowy związek może być naprawdę skomplikowany. Od samego początku wyczuwałam w zachowaniu bohaterów You Me Her pewną dozę niepewności, która przelewała się na mnie. Nawet w momencie w którym to piszę, czuję dokładnie to samo, co towarzyszyło mi podczas oglądania. Coś jakby rozdrażnienie, niepokój. Coś ściska mi gardło, przechodzą ciarki i cieszę się z mojego monogamicznego, bezpiecznego związku. Nie wiem czy guilty pleasure  jest dobrym określeniem dla serialu, który w sumie nie sprawia przyjemności, a mimo tego nie można przestać go oglądać. Jeśli nie, to jakie określenie będzie tu pasowało? Macie pomysły?
2 sezony, 10 odcinków, każdy trwa około 30 minut. Poświęciłam więc 10 godzin mojego życia i jestem pewna, że gdy wyjdzie 3 sezon, to będę kontynuować. 


Jestem ciekawa, czy znacie któryś z nich i czy tak jak ja wsiąknęliscie na dobre. Dajcie znać! :)
Zostawcie też własne tytuły, może uda nam się coś od siebie podpatrzeć.


Obsługiwane przez usługę Blogger.